KSW

Grand Prix jedynym ratunkiem dla wagi ciężkiej KSW?

Google+ Pinterest LinkedIn Tumblr

Turnieje, element na stałe związany z KSW. Nieodłączna część, która była podstawą i jednym z kluczy do sukcesu federacji na polskim rynku. Martin Lewandowski i Maciej Kawulski po kilku latach przerwy postanowili jesienią 2018 roku przywrócić turnieje do łask organizując w nieco mniejszym formacie Grand Prix kategorii średniej. Czterech zawodników dywizji do 84 kg miało początkowo walczyć o przepustkę do starcia z Mamedem Khalidovem o mistrzowskie trofeum. Tak się jednak nie stało, gdyż pochodzący z Czeczenii zawodnik zwakował tytuł. Ten turniej, choć liczył zaledwie czterech uczestników został bardzo pozytywnie odebrany zarówno przez rodzimych fanów jak i tych zagranicznych, którzy ochoczo wskazywali swoich faworytów. Scott Askham, zwycięzca GP i aktualny mistrz KSW zyskał dzięki dwóm turniejowym walkom kilka nowych przydomków, a także spore grono fanów, którym przypadły do gustu świetne nokauty Anglika.

Wczoraj KSW wypuściło informację prasową. Ogłoszono walkę wieczoru gali KSW 50, w której zmierzą się Phil de Fries i Damian Grabowski. Niestety choć było to jedno z najprostszych zestawień do „klepnięcia” to działa ono niczym obosieczny miecz. Anglik zachowa pas? Nic nie ulegnie zmianie, nadal nie będzie nikogo na horyzoncie z kim mógłby zawalczyć. „Polski Pitbull” odbierze de Friesowi pas i… sytuacja będzie identyczna. Mamy tu zatem pewnego rodzaju paradoks bo nawet jeśli dojdzie do zmiany to zachowany zostanie status quo. Na to składa się kilka faktów. Pierwszy, który przychodzi na myśl? Grabowski pokonał już Bedorfa, a to on przez wiele lat dzierżył pas mistrzowski. Ponad to Marcin Różalski nie walczy już dla federacji, Fernando Rodrigues zanotował kilka porażek, a Satoshi Ishii wybrał starty za oceanem dla PFL, gdzie nagrodą dla zwycięzcy jest milion dolarów. No właśnie Japończyk wybrał starty z większą częstotliwością i jeśli wygra kolejną walkę to w najgorszym wypadku czekają go później jeszcze dwa tegoroczne występy, a jeśli mu się poszczęści tych walk może być nawet dwukrotnie więcej. Milion dolarów robi wrażenie, ale nikt nie oczekuje że KSW wyłoży na stół takie pieniądze jak PFL czy Road FC. Są w Europie zawodnicy, którzy wystartują w turnieju za znaczne mniejsze pieniądze. Ot dobrym przykładem jest Damian Grabowski, który dziesięć lat temu wygrał we Wiedniu turniej UCFC i zgarnął nagrodę wysokości… 20 tysięcy dolarów. To, aż 50 razy mniej niż wygrana jaką niedawno zgarnął Mansour Barnaoui zdobywając pas koreańskiej organizacji Road FC.

Ktoś może powiedzieć, że z medialnego punktu widzenia organizowanie takiego turnieju nie ma większego sensu, gdyż nie ma aktualnie w KSW zawodnika, który byłby w stanie „uciągnąć” promocję takiego wydarzenia. Tylko, że kto zabroni właścicielom zestawienie w ćwierćfinale pary Pudzianowski vs. Jun? Jestem przekonany, że sam udział Pudziana w turnieju, nawet gdyby zakończył się na ćwierćfinale zostałby dobrze przyjęty nie tylko przez branżowe media, ba nawet można by było się spodziewać sporych artykułów na ten temat we wszelkich brukowcach, nawet tych niekoniecznie powiązanych ze światem sportu. Rywalizacji „smaczku” mógłby dodać mistrzowski pas położony na szali już w ćwierćfinale. Na podobny ruch zdecydował się Scott Coker, prezes Bellatora podczas ustalania drabinki Grand Prix kategorii półśredniej. Pas w obiegu, nagroda pieniężna, a przede wszystkim niespodzianki, bo tych nigdy w turniejach nie brakuje. Zawsze zdarzy się tak, że jeden z nowych lub niżej notowanych fighterów utrze nosa faworytom. Grand Prix kategorii ciężkiej byłoby świetnym rozwiązaniem dla wprowadzenia kilku nowych nazwisk jednocześnie. Wystarczy, że jedno z nich będzie rozpoznawalne, a reszta? Niech będą to młodzi utalentowani zawodnicy z Brazylii, USA, Wysp Brytyjskich czy Skandynawii. Zawsze można też sięgnąć za zachodnią, południową lub wschodnią granicę. Możliwości jest multum, a wydaje się, że nie będzie w najbliższym czasie lepszej okazji do tego by taki turniej zorganizować. Może nawet udałoby się „wypożyczyć” jakiegoś zawodnika z Bellatora czy Rizin, wszak Martin Lewandowski ma przyjacielskie stosunki z prezesami obu tych organizacji.